Napisane przez: Dawid Biel | listopad 28, 2007

MojaPolityka.pl

Od dłuższego czasu nie było tu moich postów ale jako że – ku mojemu zaskoczeniu – niektórzy jeszcze tego bloga subskrybują w RSS a nawet odwiedzają – kilka słów wyjaśnienia. Pracuję obecnie nad kilkoma internetowymi projektami. Pierwszy i stosunkowo najprostszy – serwis MojaPolityka.pl już został uruchomiony. Mając komfort posiadania własnego serwisu właśnie tam przerzuciłem swojego bloga (do czego – nawiasem mówiąc – zachęcam innych sympatyzujących bloggerów). Jeśli więc ktoś ma ochotę poczytać moje teksty zapraszam na BLOG DAWID BIEL – BEZ WYBIELANIA. Ponadto zachęcam do odwiedzenia “strony-matki” czyli serwisu MojaPolityka.pl. Na razie jest on w fazie “beta” ale już wkrótce zacznie oferować fantastyczne nowe funkcje (gry online, nowe testy, itp…)

A na tym blogu postaram się od czasu do czasu zamieszczać krótkie informacje o artykułach z bloga na MojaPolityka.pl.

Napisane przez: Dawid Biel | maj 29, 2007

Smakowitości

Wszystkim tym, którzy utracili wiarę w istnienie prawdziwej, samodzielnej intelektualnie, odrzucającej schematy inteligencji dedykuję fragmenty korespondencji pomiędzy Sławomirem Mrożkiem a Wojciechem Skalmowskim dotyczący katolicyzmu i świata Zachodu. Nie we wszystkim się z obydwoma panami zgadzam – rzecz jasna jako katolik zgadzać się wręcz nie mogę. Ale nie sposób nie podziwiać ich za nieszablonowe podejście do tematu i świeżość przemyśleń. Najbardziej smakowite fragmenty wytłuściłem.

Skalmowski do Mrożka:

Co do papieża, mówiliśmy już o tym przez telefon: ja byłem po prostu bardzo wzruszony, patrząc na to, ta intronizacja była taka właśnie jak trzeba, już dał pokaz swojego stylu, czy raczej formatu, i właśnie takiego, jaki mi odpowiada; z tym jest pewna trudność, z którą sobie nie mogę poradzić, jako że katolik ze mnie żaden; właściwie nie lubię katolicyzmu, zwłaszcza że w Belgii jest on uosobieniem tej jakiejś ciasnoty myśli i odruchów, która czyni ten kraj tak bardzo nieprzyjemnym, ale myślę, że każda religia przybiera po prostu kolor podłoża. Na przykład, nigdy nie wierzyłem w teorię, że chrześcijaństwo per se dało impuls do rozwoju Zachodu – myślę, że było odwrotnie, że to właśnie Zachód przystosował chrześcijaństwo do swojej prężności i zaradności, i to nie tylko i dopiero protestantyzm. To, co się stało z prawosławiem w Bizancjum, a zwłaszcza w Rosji, potwierdza tę wtórność wobec podłoża. Każdy ma takie chrześcijaństwo, na jakie zasługuje. Wynikałoby z tego dość pesymistyczne stwierdzenie, że “odgórnie” już się tu nic nie da zmienić; zepsienie zachodniej Europy już się uwidoczniło w zepsieniu Kościoła po tym nieszczęsnym soborze [Watykańskim II] – te balety przed ołtarzem, msza na skrzyni od mydła przy pomocy musztardówki i pokruszonego chleba, ta cała pretensjonalna “prostota”, to to samo, co udawanie żebraków przez zamożnych maminsynków w życiu zwykłym i kulturalnym. Chyba to wszystko wynika z braku koncepcji i braku szwungu, jak wszystkie zurück zu [z powrotem do...]; ostatnio była moda właśnie na “z powrotem” do prostoty – i dlatego niechęcią napawają mnie tak nawet na pozór niewinne nastawienia jak ekologia, wegetarianizm, itd. W Kościele też było “z powrotem do” – tylko że nie bardzo było jasne do czego; do tłumu, umizgi, populizm. Trochę szkoda, że Wojtyła nie użył tiary i nie mówił per “my” – to był rytuał, a religia to rytuał, i dziwi mnie, że ci tam w Watykanie tego nie rozumieją. Myślę, że Wojtyła to lepiej rozumie, polski katolicyzm to przede wszystkim rytuał, tradycyjno-narodowy, i stąd ta siła, gdy wszystko inne jest zagrożone i częściowo zniszczone. Państwo diabli wzięli, jedyne, co zostało, to majowe nabożeństwo takie jak dawniej, te same słowa, te same gesty – i jak można zmieniać te słowa i te gesty?! Na szczęście polski episkopat, zwłaszcza Wyszyński dobrze to wiedzą i dlatego sabotowali w miarę możności ten cały idiotyzm; ale to tak się rozpanoszyło, że Wojtyła też niewiele będzie mógł odkręcić. I tak dobrze, że msza była po łacinie, z wstawkami tylko w innych, “ekumenicznych” językach. I właśnie tu zaczyna się moja trudność – bo instynktownie, w tym formalnym sensie, jestem katolikiem, to jest moja przeszłość i moja ojczyzna, jedyna, jaka mi została; ale intelektualnie to jest przecież nie do przyjęcia… Więc wynika konieczność jakiejś świadomej hipokryzji, rozdwojenia, bo podobnie jak Ty spodziewam się po tej stronie katolickiej, rozentuzjazmowanej, przejętej, jakiejś odnowy i jakiegoś poruszenia tej wstrętnej zupy, w której tkwimy, ale jakim prawem nam się w to angażować? Czy pójdziesz na barykadę w obronie dogmatu nr 53? Więc jakaś taka niekonsekwencja, trochę jak w Twoim opowiadanku – już nie pamiętam, jak się nazywało – w którym bohater, żeby być zgodnym z samym sobą, został juhasem, ponieważ przy bezsenności liczył owce. Ale przecież nie możemy zostać juhasami, a równocześnie ten pseudojuhas miał swoją rację i osobiście jestem po jego stronie… Trudność właściwie wynika stąd, że nie można być “sympatykiem” katolicyzmu, bo to ostatecznie też system stuprocentowy, albo, albo, “letni będą wypluci”, a trudno nie być letnim skądinąd i to say the least [delikatnie mówiąc]. Wchodzimy więc w domenę heglisto-egzystencjalistów, a w najlepszym (?) razie Kołakowskiego – “fałszywej świadomości”, zgodności esencji i egzystencji, mówiąc bardziej po prostu, jednolitego systemu wartości i przekonań, tak żeby można było za nie wziąć odpowiedzialność bez hamulczyka: “lepiej się w to za bardzo nie wgłębiać”. Ten hamulczyk jest bardzo rozpowszechnionym instrumentem wśród katolików – i przypuszczam, że i innych wierzących – i on właśnie mi sprawia kłopot, bo staram się żyć bez niego; w końcu na tym polega jakaś dojrzałość, tak jak ja ją rozumiem. Ględzę, ale myślę nad tym od paru dni w wolnych chwilach, trochę ze względów praktycznych, bo obiecałem Giedroyciowi napisać takie rozważanka o katolicyzmie – i po prostu próbuję zebrać myśli. Na powierzchni rzecz jest jasna: w tej chwili to jest sojusznik wobec bandytów, więc na pozór nie ma problemu; ale to jest sojusznik, który ze swej istoty nie uznaje kompromisów, więc będąc nawet po jego stronie z pewnych względów, jest się sojusznikiem-profiterem tylko, więc postacią, której nie lubię – a on na fellow-travellerstwo nie pozwala, a przynajmniej nie powinien pozwalać, bo przestanie być sobą. Hm. Nie wiem, to trochę sytuacja taka, jak sympatia dla buddystów ze względu na to, że nie uznają islamu, a samemu ma się wstręt do islamu, nie będąc buddystą.

Mrożek do Skalmowskiego:

za (obok, przy) katolikami jestem w pierwszym odruchu dlatego, bo – jak piszesz – są nieprzyjaciółmi moich nieprzyjaciół. Co by nie wystarczało rzeczywiście jako powód głęboki, gdybym udawał, że to jest powodem głębokim. Jestem za nimi tak płytko, jak płytki jest ten mój powód, więc nie czuję w sobie szczególnej nieuczciwości.

Jestem za nimi teraz, kiedy oni nie są górą, mógłbym być przeciwko, gdyby górą znowu być zaczęli, co chyba już nigdy nie nastąpi, więc podejrzenie, że jestem z przyszłą władzą, też mnie nie gnębi.

Ale gdyby chodziło o coś głębiej (ale nie najgłębiej), to bliżsi mi są katolicy niż ich oponenci, od komunistów po “liberałów” (w cudzysłowie, bo dzisiejsi liberałowie to już chyba nie to samo co dawni, czyli co definicja liberalizmu) – ponieważ mniej mnie denerwuje ich doktryna niż doktryna ich przeciwników. A właściwie nie o same doktryny chodzi, tylko o to, że katolicy mają w swojej doktrynie okienko: “Niezbadane są drogi Opatrzności” i “Wszystko w ręku Boga”, czyli po naszemu: “Nic nie wiadomo”. Natomiast ich przeciwnikom wszystko wiadomo, i to lepiej. Katolicy są, stali się, nie powiem, bardziej tolerancyjni od ich przeciwników, ponieważ ich przeciwnicy w ogóle nie są tolerancyjni – ale po prostu tolerancyjni, w tym znaczeniu, że wierząc w swoje, nikogo nie nawracają siłą ani fizyczną, ani agresją intelektualną. (Czy dlatego, że nie mają już ani władzy, ani siły? Wszystko jedno, dlaczego). Na tle buty, chamstwa, agresywności, misyjności i niewzruszonego zadowolenia z siebie ich przeciwników katolicy są po prostu wzorem dyskrecji i dobrego wychowania.

A także: katolicy uprawiają pojęcie Zła i Dobra. Ja także. Oni do Zła używają diabła. Ja nie muszę. Zło nie musi być aż tak metafizyczne. Mnie wystarczy jako umyślne łamanie, kaleczenie i gnojenie człowieka za pomocą jakichkolwiek środków (także i kłamstwa). Moje pojęcie dobra i zła – jeżeli nie zgadza się dokładnie z katolickim, to w każdym razie się z nim nie kłóci, a oba, moje i katolickie – nie chcą mieć nic wspólnego z dobrem-złem klasowym, postępowym. Katolicy uważają pojedynczego człowieka za wszystko, ja także. To znaczy ja nie w tym sensie jak Stalin, że “naszym największym skarbem jest…” itd., tylko w tym sensie, że jedynym nosicielem realności jest pojedyncza i jednostkowa świadomość. Teoria o duszy u każdego takiej samej, nieśmiertelnej itp. budzi mój głęboki sprzeciw, ale ja i katolicy razem jesteśmy przeciw “masom”, “kolektywnym świadomościom” itp. Uważam je za wymysł jeszcze głupszy od “duszy”.

Katolicy coś jednak rozważają o naturze ludzkiej, przyjmują to pojęcie i nie jest im obcy pewien sceptycyzm co do dobroci owej natury. Na tle prostactwa wszelkich environmentalistów [obrońców środowiska] ten stary dyskurs o naturze ludzkiej działa odświeżająco.

Za prawdy-dogmaty katolickie, oczywiście, nie poszedłbym na barykady, jak to słusznie przewidujesz. Ale nie czuję skrupułów, tak jak ty, kiedy nie identyfikując się z katolicyzmem ani nawet chrześcijaństwem, sympatyzuję z nim wspólnie, z nim antypatyzując z postępowcami. Przecież w sympatyzowaniu, kiedy identyfikacji brak, nie ma nic nagannego i byłoby tylko, gdybym z tego nie zdawał sobie sprawy jasno, gdybym udawał identyfikację, sympatyzując zaledwie.

Całość w Dzienniku. Warto przeczytać.

Napisane przez: Dawid Biel | maj 24, 2007

Zagadka marketingowa

Czemu Krzysztof Putra zgolił wąsy?

Politycy czasem dokonują takich manifestacji po to, aby zwrócić na siebie uwagę (jak to uczynił zapomniany swego czasu Lech Wałęsa), ale takie motywy na pewno nie przyświecały bądź co bądź eksponowanemu wicemarszałkowi Senatu z PiS-u. O co więc chodzi?

Proszę porównać ilość doniesień medialnych o zwycięstwie PiS-u nad PO na Podlasiu przed i po zgoleniu wąsa. Zdawkowe informacje o wyborach uzupełniających do sejmiku wojewódzkiego wraz ze ścięciem zarostu stały się niemalże newsem dnia. I to się nazywa skuteczny marketing polityczny.

Napisane przez: Dawid Biel | maj 19, 2007

Starcraft 2

Korzystając z sobotniej chwili relaksu odwiedziłem kilka ulubionych serwisów o grach komputerowych by przekonać się, że wraca kolejna – po Falloucie – legenda. Ruszyła witryna drugiej części kultowej strategii czasu rzeczywistego – Starcrafta. Pierwsza część Starcrafta była jedną z ostatnich gier, które naprawdę pochłonęły mnie bez reszty. Można powiedzieć, że to taka cezura – po tej grze człowiek dorósł, zaczęły go bawić inne rzeczy, a i gry rzadko osiągały już poziom tego legendarnego RTS-a. Traktuję więc powrót Starcrafta jako zbliżającą się wielkim krokami wycieczkę w czasy, kiedy byłem mniej poważny, a od tego kto wygra następne wybory bardziej intrygowało mnie to jak zakończą się pojedynki frakcyjne wewnątrz obozu Terran.

Zastanawiająca jest wszelako jedna rzecz – jako wytrawny starcraftowiec skończyłem również dodatek do tej gry, czyli osławioną Brood War. Co więcej – ukończyłem z wynikiem tak dobrym, że udało mi się odblokować po drodze jedną z tajnych misji, w których dane mi było zobaczyć zapowiedź części drugiej – eksperymenty nad stworzeniem zergiańsko-protosskiej hybrydy. Zaskakujące jest to, że na oficjalnej stronie gry nie ma o tym ani słowa. Wracamy do klasycznego podziału trójrasowego, a hybryda, która miała być rasą czwartą jest przemilczana. Podobnie też nie twórcy nie wspominają o Xel’Naga – choć dość długo spekulowano, iż również ta rasa pojawi się w sequelu. Cóż, możliwe, że od kontynuowania arcyciekawego wątku fabularnego ważniejsze było zbalansowanie ras w ten sposób, aby przyciągnąć miliony graczy do trybu multiplayer.

Czy było to słuszne rozwiązanie? Czas pokaże, ale doświadczenie nakazuje nigdy nie wątpić w Blizzard.

Napisane przez: Dawid Biel | maj 16, 2007

Józef Oleksy mówił prawdę

“Nic nie umie. W żadnym języku słowa nie umie. To jest lider młodej europejskiej lewicy? Do cholery!”

Co za akcent… Ktoś jeszcze wątpi w Oleksego? :)

Napisane przez: Dawid Biel | maj 15, 2007

Pewna historia z historii…

Tekst, który znalazłem na Forum Frondy. Autorem jest Sparkman.

Pewna rodzina mieszkała w domku, takim zwyczajnym z ogródkiem i z drzewkiem. Rodzice pracowali, dziadkowie byli na emeryturze, a jedne dzieci leżały w łóżeczku, inne były w przedszkolu a pozostałe dzieciaki w szkole. Dni mijały i nic nie zapowiadało tragedii.

Pewnego ranka, nagle ktoś wyważył drzwi frontowe, wbiegł z kijem i pobił domowników. Babcię zabił w pierwszej kolejności, zaraz potem małe dziecko w wózeczku. Reszta domowników schowała się w innym pokoju, mając nadzieję na szybką pomoc sąsiadów. W tym czasie bandzior panoszył się w domu. Ojciec rodziny spojrzał przez dziurkę od klucza i zobaczył, że to jego sąsiad z zachodniej strony.

Godziny mijały, rodzina powoli traciła nadzieję na pomoc. Przecież sąsiedzi w okolicy musieli coś słyszeć.

Nagle! Szybę wybiła cegła, później wpadła następna. Gdy już nie było szyby, przez okno wskoczył inny oprych.
Ten też z kijem. Pobił domowników, zabił ojca, dziadka i najstarsze dziecko.  To był sąsiad ze wschodniej strony.

Gdy już związał domowników, otworzył drzwi w pokoju i przywitał się z sąsiadem z zachodu. Okazało się, że byli w zmowie…

Rodzina, która ocalała, odtąd musiała żyć razem z bandziorami, którzy ich napadli. Oprychy wprowadziły swoje prawo, twarde prawo. Oparte na przemocy i strachu.

Mijały dni, pomoc nadal nie nadchodziła. I stała się rzecz dziwna. Oprych z zachodu napadł na swojego wspólnika. Wygonił go z domu, a sam przywłaszczył sobie jego część domu. Odtąd panował już wszędzie.

Wygnany sąsiad nie pogodził się z utratą. Postanowił odzyskać łupy. Pewnej nocy wszedł przez okno i zaatakował tego z zachodu. Mieszkańcy widząc to, postanowili Wschodniemu pomóc. Myśleli, że teraz będzie
po ich stronie. Uff!, wspólnymi siłami przegonili tego z zachodu.

Za jakiś czas przybyła policja, tego z zachodu wsadzili do więzienia, a z tym ze wschodu dogadali się. Ponoć odkupił swoje winy wybawiając rodzinę od tego z zachodu. W uznaniu jego zasług, sąd przydzielił mu połowę domu napadniętej rodziny oraz to, że mógł decydować co się dzieje w pozostałej części domostwa. Odtąd mieszkał razem z rodziną, którą wcześniej napadł.

Ciężkie mieli życie domownicy, część z nich postanowiła pomagać oprawcy, mając nadzieję na lepsze życie. Zaczęło się donoszenie, ubliżanie. Było bardzo ciężko tym, którzy wciąż pamiętali…

Po wielu latach, gdy “gość ze wschodu wyprowadził się” pozostawił po sobie różne pamiątki. Część domowników chciała usunąć je z domu, ale ci młodsi nie widzieli nic złego, by pozostały. Wschodni sąsiad
też się sprzeciwiał, likwidowanie jego pamiątek to rzecz nikczemna.

Przecież ich uratował…

Napisane przez: Dawid Biel | maj 13, 2007

Timeo Danaos et dona ferentes

- Czymkolwiek to jest, lękam się Danajów nawet gdy przynoszą dary – miał powiedzieć Laokoon, mądry kapłan Apollina na widok pozostawionego u bram Troi wielkiego, drewnianego konia. Zmarło mu się zresztą przez tą przenikliwość dość szybko i nieprzyjemnie.

- Teczki powinny być publicznie dostępne dla wszystkich, ze wszystkimi strasznymi konsekwencjami tego pociągnięcia – pisze Adam Michnik w jutrzejszej “Gazecie Wyborczej”.

- Czymkolwiek to jest, nie wierzę w szczerość jego intencji – pomyślałem czytając zajawkę komentarza z jutrzejszej Gazety.

Środowisko Gazety Wyborczej walczyło dotychczas z lustracją dość konsekwentnie, co nie znaczy, że trzymało się jednorodnej linii. Michnik i Wyborcza byli przeciwko każdej próbie rozszerzenia czy usprawnienia lustracji, często jednak zmieniali zdanie co do szczegółów cofając się na z góry upatrzone pozycje. Zmiana zdania dotyczyła chociażby osoby Leona Kieresa czy też istnienia sądów lustracyjnych. Z czym jednak mamy do czynienia teraz? Istnieje kilka teorii.

1. Przeczucie nieubłagalności zmian. W sytuacji w której otwarcia archiwów nie można już zatrzymać należy przyłączyć się do rwącego nurtu. Gdy na wierzch zaczną wypływać straszliwe informacje zawsze będzie można powiedzieć – “ok, ale myśmy przecież tych ludzi nie bronili, myśmy byli przeciwni złej lustracji, ale gdy przyszło co do czego, to pierwsi wystąpiliśmy z inicjatywą otwarcia archiwów”. Nie należy tu zapominać o fakcie, że odtajnianie tak ogromnej ilości materiałów musi być chaotyczne. A pozbawienie lustracji filtra obyczajowego sprawi, że na wierzch wyjdzie ogromna masa tanich sensacji, być może uderzających głównie w prawicę, sensacji, które odwrócą uwagę opinii publicznej od sedna problemu. Na każdego agenta w salonie odpowiedzieć będzie można dwom księżmi z kochankami i jednym homoseksualistą.

2. Przeczucie blefu. Kaczyńscy dali nam już kilkakrotnie do zrozumienia, że w stosunku do swoich ludzi skłonni są być dość tolerancyjni. Zachowania, które u konkurencji nazwaliby zbrodniami w PiSie były jedynie “kłopotliwą przeszłością”. Ponadto pragmatyka władzy nakazuje utrzymywanie maksymalnej ilości haków. Czyżby więc Adam Michnik przeczuwał, iż radykalizm Kaczyńskich się wypalił a oni sami w sprawie lustracji wyraźnie blefują i nie zamierzają puścić wszystkiego na żywioł? Słuchając wypowiedzi premiera na temat lustracji w Kościele można dojść do takiego właśnie wniosku. Kaczyńscy blefują, a Michnik mówi “sprawdzam”. Doprawdy porażka w tej rozgrywce może kosztować braci bliźniaków władzę.

Bez względu na to jaka motywacja doprowadziła do zmiany stanowiska Adama Michnika (a wraz z nim dziennikarzy Gazety Wyborczej – vide: Mikołaj Lizut) warto zapamiętać sobie prorocze słowa Laokoona. Quidquid id est, timeo Danaos et dona ferentes.

Napisane przez: Dawid Biel | maj 13, 2007

Szaleństwo? To jest Sparta!

Herodot opisał w Dziejach interesującą bitwę, która może być dla braci Kaczyńskich cenną lekcją. Oto król Sparty Kleomenes napotkał w trakcie wojny z Argejczykami nie lada wyzwanie. Obóz Lacedemończyków znajdował się dokładnie na przeciwko obozu Argejczyków, ci zaś niezwykle uważnie obserwowali królewskiego herolda. Ilekroć Kleomenes wydał rozkaz przygotowania do wymarszu Argejczycy już o nim wiedzieli i czekali przygotowani by dać Spartiatom odpór. Każda mobilizacja była Argejczykom wiadoma, co więcej nie tracili oni niepotrzebnie energii odpoczywając dokładnie w tym samym czasie, kiedy robili to Spartanie. Kleomenes wiedział, że wroga, którego siła polega na szybkiej reakcji nie pokona klasycznymi metodami. Dlatego też wydał swym najbardziej zaufanym ludziom rozkaz – mieli błyskawicznie ruszyć na wroga, gdy tylko usłyszą umówiony sygnał. Sygnałem tym było obwieszczenie przez herolda śniadania. Zaskoczeni w trakcie posiłku Argejczycy nie potrafili stawić czoła mniejszej grupie Spartan.

Kaczyńscy napotykają na Arkadyjczyków z Trybunału Konstytucyjnego zdolnych do odparcia każdej zbrojnej wycieczki. Rozsądek nakazuje wprowadzić pod obrady Sejmu nową ustawę lustracyjną, która pod każdym względem będzie odpowiadała sędziom, mediom… praktycznie każdemu przeciwnikowi lustracji. A wtedy, kiedy naśladując ruchy Kaczyńskich przeciwnicy uspokoją się (ba może nawet PiS pochwalą) należy wprowadzić dwie poprawki. Otwarcie archiwów i skrócenie vacatio legis. Zaskoczeni Arkadyjczycy będą ciągle jeść śniadanie, gdy terabajty danych popłyną do internetu.

Szalony plan polityczny. Chociaż… szaleństwo? To jest IV RP!

Napisane przez: Dawid Biel | maj 8, 2007

Mickey Mousułmanin

Nietypowy to obraz, który jednocześnie może wywoływać śmiech i przerażenie. Poniższy film zawiera fragmenty audycji dla dzieci nadawanych przez telewizję Al-Aqsa. Żadna dyplomacja nie rozwiąże konfliktu podsycanego przez tłoczoną w młode umysły nienawiść.

Napisane przez: Dawid Biel | maj 8, 2007

Globalne ocieplenie

ziemia.jpgSytuacja jest dramatyczna. Porównanie szczegółowych danych z 1988 i 2002 roku wskazuje na znacznie większe niż pierwotnie zakładano tempo wzrostu temperatury. Co więcej skutki trwającego od 19 lat gwałtownego ocieplenia planety mogą być daleko bardziej drastyczne niż to sobie wyobrażaliśmy.

Kierowany przez Jamesa Elliota zespół naukowców z Massachusetts Institute of Technology spodziewał się raczej powolnego studzenia atmosfery. Jakież było zdziwienie badaczy, gdy okazało się, że temperatura rośnie znacznie szybciej niż ktokolwiek przewidywał. Jak oszacowali naukowcy w ciągu ostatnich 19 lat średnia temperatura lodu wzrosła aż o dwa stopnie Kelvina. Jeśli zmiany będą dalej postępować w tym samym tempie wkrótce wskutek parowania znacznie zwiększy się gęstość atmosfery, a co za tym idzie ciśnienie. Naukowcy spekulują, iż może dojść nawet do katastrofalnego, trzykrotnego zwiększenia ciśnienia wywieranego na powierzchnię planety…

Całe szczęście, że chodzi o Plutona, nie o Ziemię.

A swoją drogą powinniśmy się wstydzić. Nie dość że wywołujemy globalne ocieplenie na Ziemi, to jeszcze Wenus, Jowisza, Saturna, Neptuna, Plutona i kilku księżyców nie potrafimy zostawić w spokoju… ;)

Napisane przez: Dawid Biel | maj 8, 2007

SLD, LSD i opium dla mas

SenyszynRzadko zdarza mi się zgadzać z SLD. Jeszcze rzadziej, gdy w grę wchodzą wartości. Zawsze musi być ten pierwszy raz?

SLD zgłosiło inicjatywę legalizacji posiadania marihuany, haszyszu i LSD. Na własny użytek – co jest stwierdzeniem niemądrym, bo jako żywo skądś się ta trawka brać musi, a nie sadzą jej wszyscy palacze. Ale ok, przyjmijmy przez chwilę, że będziemy “ścigać” dilerów, a zwykłych użytkowników zostawimy w spokoju. Co się zmieni?

Kompletnie nic. Co najwyżej kilka cel zajmowanych przez osiemnastolatków podpalających skręty będzie wolnych – w sam raz, aby zaprosić tam niektórych kolegów partyjnych Olejniczaka, Kalisza i Senyszyn. Bo tak naprawdę cała wojna z narkotykami jest równie nieskuteczna jak nieskuteczna była prohibicja w Stanach Zjednoczonych. Nie ma żadnych dowodów na to, że zwiększenie restrykcji prawnych w 2000 roku w jakikolwiek sposób wpłynęło na ograniczenie liczby uzależnień.

Czy w związku z tym należałoby całkowicie zalegalizować narkotyki? Mam wątpliwości – przynajmniej w sytuacji w której utrzymujemy państwową służbę zdrowia i państwowy system ubezpieczeń zdrowotnych. Ale jeżeli możemy zmienić nadmiernie restrykcyjne prawo, które karze ludzi tylko dlatego, że mieli kaprys poharatać sobie zdrowie i wypróbować swoją odporność na uzależnienia to zróbmy to.  Więzienne cele na pewno znajdą innych lokatorów.

To mówiłem ja – prawicowiec i konserwatysta.

Napisane przez: Dawid Biel | maj 7, 2007

Wspieracze lewej nogi

lech_walesa.jpgLech Wałęsa wspierał lewą nogę. To akurat żadne odkrycie, były prezydent to osobowość hegemona, który nie znosząc jakiejkolwiek konkurencji dążył do osłabiania wszystkich potencjalnych rywali. Rozbicie prawicy było dla Wałęsy stanem optymalnym, podobnie jak utrzymywanie, w charakterze potencjalnego “bicza Bożego” niebezpiecznej lewicy. Tylko silny obóz postkomunistyczny mógł trzymać w ryzach walczące ze sobą partyjki pod światłym przewodnictwem prezydenta (ponadto lewica przydatna była w zwalczaniu niewygodnej dla niego lustracji). A jako że Wałęsa nie był człowiekiem ideowym, w końcu prawicowa retoryka jaką przyjął była w gruncie rzeczy efektem “kłótni w rodzinie” lewicowej części Solidarności i służyła wyłącznie zwycięstwu nad Mazowieckim, to i całkiem łatwo mu uprawianie takiej polityki przychodziło. Rzecz jasna działo się to wszystko do czasu, kiedy w swoich kalkulacjach się nie przeliczył. Dividi et impera zawiodło, a on sam przerżnął wybory.

Czemu piszę o tym właśnie teraz? Bo wiele wskazuje na to, że Kaczyńscy, tak pilni w krytykowaniu “wspierania lewej nogi” sami idą w ślady Wałęsy. Oto portal lewica.pl donosi:

Redaktor “Krytyki Politycznej” Sławomir Sierakowski będzie miał w TVP własny program publicystyczny, który mam być przeciwwagą dla prezentującego konserwatywne poglądy programu Jana Pospieszalskiego “Warto Rozmawiać”.

Prezes telewizji Andrzej Urbański już wcześniej zapowiadał pojawienie się Sierakowskiego na Woronicza.

Zaproszenie do stworzenia programu autorskiego rozumiem jako wolę pozornego lub rzeczywistego odejścia od mocnego przechyłu w prawo. Jeśli naszej redakcji zapewniona zostanie pełna niezależność (również budżetowa), to postaramy się zrobić żywy i nowoczesny program, w którym spierać się będą ludzie z różnych stron, chociaż – inaczej niż dotąd było w mediach publicznych – jego gospodarzem będzie lewica – stwierdził na łamach “Gazety Wyborczej” Sławomir Sierakowski.

Według ustaleń Urbańskiego, program będzie odbywał się raz w tygodniu, w ciągu godziny jego trwania będą odbywały się dwie-trzy rozmowy oraz kilka felietonów. Jego emisja rozpocznie się prawdopodobnie jesienią.

Sierakowski zaprosił do współpracy przy programie grupę artystów powiązanych z “Krytyką Polityczną”, m.in. Artura Żmijewskiego, Wilhelma Sasnala, Michała Witkowskiego, Jana Klatę.

Jaki zamysł kryje się za sprowadzeniem na Woronicza Sławomira Sierakowskiego? Na pewno nie jest nim równowaga w telewizji i to z wielu powodów. Po pierwsze śmiem twierdzić, że ludzie PiSu mają równowagę w debacie publicznej w głębokim poważaniu, wychodząc ze stanowiska (taktycznie poniekąd słusznego) iż do tej pory mieliśmy w mediach do czynienia z tak dużym przechyłem ideologicznym na lewo, że aby wyrównać szansę muszą teraz PiSowcy na froncie medialnym walczyć z podwójnym zapałem. Po drugie Sierakowski żadnej równowagi nie przywróci, bo on nie jest lewicowym odpowiednikiem Pospieszalskiego (choć tak chciałby się prezentować) ale stworem z zupełnie innej bajki. Sierakowski jest komunistą.

Nie chciałbym, aby następnym krokiem na drodze utrzymywania pluralizmu w TVP było zapraszanie do prowadzenia programów publicystycznych socjalistów narodowych, choć być może to oni byliby najodpowiedniejsi do dyskusji z panem Sierakowskim. W końcu mimo że ideologicznie więcej ich łączy niż dzieli to socjaliści narodowi z internacjonalistycznymi mają dość ostro zarysowaną opozycję. A wysłuchać trzeba przecież obu stron, nieprawdaż?

Chyba jednak na komuniście się skończy, bo powodem jego obecności w telewizji nie będzie żadna równowaga. Kaczyńscy (jeśli rzecz aprobują, a jakoś ciężko mi uwierzyć w to, aby Urbański zerwał się ze smyczy) chcą upiec dwie pieczenie przy jednym ogniu. Z jednej strony sądzą, że Sierakowski na Woronicza będzie ich legitymizował przed Europą, z drugiej zaś mają makiaweliczny plan dokonywania podziałów na lewicy. Z jednego i z drugiego nic nie wyjdzie. Sierakowski krzyczący na antenie telewizji publicznej “Ratunku, Polacy to faszyści” uwiarygodni Kaczyńskich tak samo jak pisząc teksty do – finansowanej przecież z budżetu państwa – Krytyki Politycznej. A eksperymentowanie z propagowaniem nowoczesnego komunizmu w państwowej telewizji może przynieść rezultaty zgoła nieprzewidywalne. W najlepszym razie po prostu Kaczyńscy dadzą oręż do propagowania lewicowej ideologii całkiem sprawnemu w czynieniu tego człowiekowi, co spowoduje straty na płaszczyźnie aksjologicznej. Nie tak łatwo walczyć o rząd dusz gdy się armię oddaje przeciwnikowi. W najgorszym wariancie Kaczyńscy faktycznie wyhodują nową lewicę. I przyjdzie taki czas, kiedy wszyscy zatęsknimy za Leszkiem Millerem.

Napisane przez: Dawid Biel | maj 5, 2007

Edgar bardziej trendy niż Jurek

logo_pis_start.jpgPrzynajmniej taki wniosek można by wyciągnąć z sondażu zamieszczonego we wczorajszej Rzeczpospolitej. No bo w końcu jakie mogą być przyczyny wzrostu notowań Prawa i Sprawiedliwości. Toż partia ta ma na głowie secesję jurkowików oraz niefortunną śmierć Barbary Blidy.

Tylko co z tego?

Od miesięcy jesteśmy zalewani informacjami jakoby Kaczyńscy niszczyli w Polsce demokrację, dążyli do rządów autorytarnych i gwałcili prawa człowieka. Taka bomba nieuzasadnionej krytyki ze strony opozycji i mediów może odnieść skutek (nawet jeśli stoi w jawnej sprzeczności z tym co odczuwają ludzie) ale tylko na krótką metę. W końcu ludzie zwyczajnie przestają traktować jakiekolwiek argumenty przeciw rządzącym serio. Tak było w przypadku Berlusconiego we Włoszech, tak jest obecnie w Polsce.

Bronisław Wildstein powróciwszy do najbardziej odpowiadającej mu roli publicysty zauważył, że wszelka krytyka Kaczyńskich jest dziś w Polsce praktycznie niemożliwa. I to nie ze względu na jakieś anty-wolnościowe zapędy PiS-u. Po prostu sensowne argumenty utoną w morzu polemiki na zasadzie “nie bo nie” prezentowanej przez opozycję. I nie sposób się z tym nie zgodzić. A oprócz mediów mamy jeszcze “bojowników antykaczego frontu” – najczęściej młodych, krzykliwych i wulgarnych ludzi, dla których szczytowym przejawem obywatelskiej świadomości jest wrzeszczenie “Spieprzaj dziadu” na wagarach. I jak się tu potem dziwić, że normalny człowiek chce być od tego tałatajstwa jak najdalej?

Nie głosowałem na PiS. Prawo i Sprawiedliwość nie jest partią moich marzeń. Irytuje mnie w niej ogromna ilość rzeczy – forsowanie ludzi o koszmarnie niskich kompetencjach (za to wysokim współczynniku ZK – Zaufania Kaczyńskich), zadufanie, brak spójnego, prawicowego kręgosłupa (zastępowanego pragmatyką rządzenia), wreszcie ogólna obciachowość niektórych frontmanów tejże partii. Tylko co z tego? I tak za każdym razem gdy słyszę, iż prezydent i premier to dyktatorski duumwirat nie mogę pohamować sympatii do braci. Prosta sprawa – człowiek utożsamia się z niesłusznie bitym.

Taksówkarz, który odwoził mnie wczoraj do domu w ostatnich wyborach głosował na PO. Teraz zagłosuje na PiS. “Bo głupoty o tym Ziobrze wygadują, a on właśnie dobrze robi”.

Napisane przez: Dawid Biel | maj 4, 2007

Refleksje konstytucyjne

Miło było słuchać od rana dziennikarzy przepełnionych narodową dumą. 3 maja to co roku dzień, kiedy naprawdę fajnie jest być Polakiem. Nawet największy kosmopolita powie tego dnia coś, co ociera się o patriotyzm…

Wielka szkoda, że to najczęściej brednie.

Gdyby komentarze ograniczały się do “ach, jakże to cudownie, że nasz Sejm uchwalił coś mądrego, szkoda, że ponad sto lat temu…” wszystko byłoby w porządku. Niestety dziennikarze uszczęśliwiają nas dalszymi przemyśleniami.

Dla przykładu – można się dowiedzieć, że wprawdzie Konstytucja 3 Maja została uchwalona niezgodnie z prawem, przy wykorzystaniu podstępu, no ale przecież podstęp w słusznej sprawie rzecz chwalebna i w ogóle “cel uświęca środki”. OK, trochę to bardziej skomplikowane, ale jakoś bym tą argumentację przyjął, tylko do diaska dlaczego ona nie ma zastosowania przy ocenianiu obecnie rządzących? Pytanie retoryczne.

No i nieszczęsna demokracja. Ilekroć słyszę, że wprowadzenie Konstytucji 3 Maja było reformą demokratyczną mam ochotę rzucić kapciem w telewizor. Gdzie ona u diaska była demokratyczna? Konstytucja 3 Maja ograniczała ilość uprawnionych do głosowania, wprowadzała cenzus majątkowy, likwidowała wolną elekcję wprowadzając w jej miejsce dziedziczną monarchię… Jeszcze na dodatek przekształcała Rzeczpospolitą w “państwo wyznaniowe” penalizując apostazję.

Piszę to abstrahując od słuszności tychże reform. Wydaje mi się, że było już na nie za późno. Większe szanse miał program Stanisława Leszczyńskiego sformułowany w Głosie wolnym wolność zabezpieczającym… Tym niemniej wysiłki te były chwalebne a sama Konstytucja jest nie lada spuścizną. Tylko do diaska przecież nie można jej wciągać na sztandary wojowników o liberalną demokrację…

A jaki z tego morał? Dziennikarzu – przed skomentowaniem przeczytaj.

Napisane przez: Dawid Biel | maj 4, 2007

Fallout 3

Nie mogę się powstrzymać. Pierwszy wpis po kolejnej przerwie (miejmy nadzieję, że ostatniej, przynajmniej przed przenosinami na nową platformę – ale o tym na razie “cicho sza”). I zacznę od małej zachęty – warto wejść na http://fallout.bethsoft.com/ Szkoda tylko, że muzyka mało falloutowa.  Tym niemniej… trzecia część najlepszej gry komputerowej wszech czasów nadchodzi!

Starsze wpisy »

Kategorie