Wszystkim tym, którzy utracili wiarę w istnienie prawdziwej, samodzielnej intelektualnie, odrzucającej schematy inteligencji dedykuję fragmenty korespondencji pomiędzy Sławomirem Mrożkiem a Wojciechem Skalmowskim dotyczący katolicyzmu i świata Zachodu. Nie we wszystkim się z obydwoma panami zgadzam – rzecz jasna jako katolik zgadzać się wręcz nie mogę. Ale nie sposób nie podziwiać ich za nieszablonowe podejście do tematu i świeżość przemyśleń. Najbardziej smakowite fragmenty wytłuściłem.
Skalmowski do Mrożka:
Co do papieża, mówiliśmy już o tym przez telefon: ja byłem po prostu bardzo wzruszony, patrząc na to, ta intronizacja była taka właśnie jak trzeba, już dał pokaz swojego stylu, czy raczej formatu, i właśnie takiego, jaki mi odpowiada; z tym jest pewna trudność, z którą sobie nie mogę poradzić, jako że katolik ze mnie żaden; właściwie nie lubię katolicyzmu, zwłaszcza że w Belgii jest on uosobieniem tej jakiejś ciasnoty myśli i odruchów, która czyni ten kraj tak bardzo nieprzyjemnym, ale myślę, że każda religia przybiera po prostu kolor podłoża. Na przykład, nigdy nie wierzyłem w teorię, że chrześcijaństwo per se dało impuls do rozwoju Zachodu – myślę, że było odwrotnie, że to właśnie Zachód przystosował chrześcijaństwo do swojej prężności i zaradności, i to nie tylko i dopiero protestantyzm. To, co się stało z prawosławiem w Bizancjum, a zwłaszcza w Rosji, potwierdza tę wtórność wobec podłoża. Każdy ma takie chrześcijaństwo, na jakie zasługuje. Wynikałoby z tego dość pesymistyczne stwierdzenie, że “odgórnie” już się tu nic nie da zmienić; zepsienie zachodniej Europy już się uwidoczniło w zepsieniu Kościoła po tym nieszczęsnym soborze [Watykańskim II] – te balety przed ołtarzem, msza na skrzyni od mydła przy pomocy musztardówki i pokruszonego chleba, ta cała pretensjonalna “prostota”, to to samo, co udawanie żebraków przez zamożnych maminsynków w życiu zwykłym i kulturalnym. Chyba to wszystko wynika z braku koncepcji i braku szwungu, jak wszystkie zurück zu [z powrotem do...]; ostatnio była moda właśnie na “z powrotem” do prostoty – i dlatego niechęcią napawają mnie tak nawet na pozór niewinne nastawienia jak ekologia, wegetarianizm, itd. W Kościele też było “z powrotem do” – tylko że nie bardzo było jasne do czego; do tłumu, umizgi, populizm. Trochę szkoda, że Wojtyła nie użył tiary i nie mówił per “my” – to był rytuał, a religia to rytuał, i dziwi mnie, że ci tam w Watykanie tego nie rozumieją. Myślę, że Wojtyła to lepiej rozumie, polski katolicyzm to przede wszystkim rytuał, tradycyjno-narodowy, i stąd ta siła, gdy wszystko inne jest zagrożone i częściowo zniszczone. Państwo diabli wzięli, jedyne, co zostało, to majowe nabożeństwo takie jak dawniej, te same słowa, te same gesty – i jak można zmieniać te słowa i te gesty?! Na szczęście polski episkopat, zwłaszcza Wyszyński dobrze to wiedzą i dlatego sabotowali w miarę możności ten cały idiotyzm; ale to tak się rozpanoszyło, że Wojtyła też niewiele będzie mógł odkręcić. I tak dobrze, że msza była po łacinie, z wstawkami tylko w innych, “ekumenicznych” językach. I właśnie tu zaczyna się moja trudność – bo instynktownie, w tym formalnym sensie, jestem katolikiem, to jest moja przeszłość i moja ojczyzna, jedyna, jaka mi została; ale intelektualnie to jest przecież nie do przyjęcia… Więc wynika konieczność jakiejś świadomej hipokryzji, rozdwojenia, bo podobnie jak Ty spodziewam się po tej stronie katolickiej, rozentuzjazmowanej, przejętej, jakiejś odnowy i jakiegoś poruszenia tej wstrętnej zupy, w której tkwimy, ale jakim prawem nam się w to angażować? Czy pójdziesz na barykadę w obronie dogmatu nr 53? Więc jakaś taka niekonsekwencja, trochę jak w Twoim opowiadanku – już nie pamiętam, jak się nazywało – w którym bohater, żeby być zgodnym z samym sobą, został juhasem, ponieważ przy bezsenności liczył owce. Ale przecież nie możemy zostać juhasami, a równocześnie ten pseudojuhas miał swoją rację i osobiście jestem po jego stronie… Trudność właściwie wynika stąd, że nie można być “sympatykiem” katolicyzmu, bo to ostatecznie też system stuprocentowy, albo, albo, “letni będą wypluci”, a trudno nie być letnim skądinąd i to say the least [delikatnie mówiąc]. Wchodzimy więc w domenę heglisto-egzystencjalistów, a w najlepszym (?) razie Kołakowskiego – “fałszywej świadomości”, zgodności esencji i egzystencji, mówiąc bardziej po prostu, jednolitego systemu wartości i przekonań, tak żeby można było za nie wziąć odpowiedzialność bez hamulczyka: “lepiej się w to za bardzo nie wgłębiać”. Ten hamulczyk jest bardzo rozpowszechnionym instrumentem wśród katolików – i przypuszczam, że i innych wierzących – i on właśnie mi sprawia kłopot, bo staram się żyć bez niego; w końcu na tym polega jakaś dojrzałość, tak jak ja ją rozumiem. Ględzę, ale myślę nad tym od paru dni w wolnych chwilach, trochę ze względów praktycznych, bo obiecałem Giedroyciowi napisać takie rozważanka o katolicyzmie – i po prostu próbuję zebrać myśli. Na powierzchni rzecz jest jasna: w tej chwili to jest sojusznik wobec bandytów, więc na pozór nie ma problemu; ale to jest sojusznik, który ze swej istoty nie uznaje kompromisów, więc będąc nawet po jego stronie z pewnych względów, jest się sojusznikiem-profiterem tylko, więc postacią, której nie lubię – a on na fellow-travellerstwo nie pozwala, a przynajmniej nie powinien pozwalać, bo przestanie być sobą. Hm. Nie wiem, to trochę sytuacja taka, jak sympatia dla buddystów ze względu na to, że nie uznają islamu, a samemu ma się wstręt do islamu, nie będąc buddystą.
Mrożek do Skalmowskiego:
za (obok, przy) katolikami jestem w pierwszym odruchu dlatego, bo – jak piszesz – są nieprzyjaciółmi moich nieprzyjaciół. Co by nie wystarczało rzeczywiście jako powód głęboki, gdybym udawał, że to jest powodem głębokim. Jestem za nimi tak płytko, jak płytki jest ten mój powód, więc nie czuję w sobie szczególnej nieuczciwości.
Jestem za nimi teraz, kiedy oni nie są górą, mógłbym być przeciwko, gdyby górą znowu być zaczęli, co chyba już nigdy nie nastąpi, więc podejrzenie, że jestem z przyszłą władzą, też mnie nie gnębi.
Ale gdyby chodziło o coś głębiej (ale nie najgłębiej), to bliżsi mi są katolicy niż ich oponenci, od komunistów po “liberałów” (w cudzysłowie, bo dzisiejsi liberałowie to już chyba nie to samo co dawni, czyli co definicja liberalizmu) – ponieważ mniej mnie denerwuje ich doktryna niż doktryna ich przeciwników. A właściwie nie o same doktryny chodzi, tylko o to, że katolicy mają w swojej doktrynie okienko: “Niezbadane są drogi Opatrzności” i “Wszystko w ręku Boga”, czyli po naszemu: “Nic nie wiadomo”. Natomiast ich przeciwnikom wszystko wiadomo, i to lepiej. Katolicy są, stali się, nie powiem, bardziej tolerancyjni od ich przeciwników, ponieważ ich przeciwnicy w ogóle nie są tolerancyjni – ale po prostu tolerancyjni, w tym znaczeniu, że wierząc w swoje, nikogo nie nawracają siłą ani fizyczną, ani agresją intelektualną. (Czy dlatego, że nie mają już ani władzy, ani siły? Wszystko jedno, dlaczego). Na tle buty, chamstwa, agresywności, misyjności i niewzruszonego zadowolenia z siebie ich przeciwników katolicy są po prostu wzorem dyskrecji i dobrego wychowania.
A także: katolicy uprawiają pojęcie Zła i Dobra. Ja także. Oni do Zła używają diabła. Ja nie muszę. Zło nie musi być aż tak metafizyczne. Mnie wystarczy jako umyślne łamanie, kaleczenie i gnojenie człowieka za pomocą jakichkolwiek środków (także i kłamstwa). Moje pojęcie dobra i zła – jeżeli nie zgadza się dokładnie z katolickim, to w każdym razie się z nim nie kłóci, a oba, moje i katolickie – nie chcą mieć nic wspólnego z dobrem-złem klasowym, postępowym. Katolicy uważają pojedynczego człowieka za wszystko, ja także. To znaczy ja nie w tym sensie jak Stalin, że “naszym największym skarbem jest…” itd., tylko w tym sensie, że jedynym nosicielem realności jest pojedyncza i jednostkowa świadomość. Teoria o duszy u każdego takiej samej, nieśmiertelnej itp. budzi mój głęboki sprzeciw, ale ja i katolicy razem jesteśmy przeciw “masom”, “kolektywnym świadomościom” itp. Uważam je za wymysł jeszcze głupszy od “duszy”.
Katolicy coś jednak rozważają o naturze ludzkiej, przyjmują to pojęcie i nie jest im obcy pewien sceptycyzm co do dobroci owej natury. Na tle prostactwa wszelkich environmentalistów [obrońców środowiska] ten stary dyskurs o naturze ludzkiej działa odświeżająco.
Za prawdy-dogmaty katolickie, oczywiście, nie poszedłbym na barykady, jak to słusznie przewidujesz. Ale nie czuję skrupułów, tak jak ty, kiedy nie identyfikując się z katolicyzmem ani nawet chrześcijaństwem, sympatyzuję z nim wspólnie, z nim antypatyzując z postępowcami. Przecież w sympatyzowaniu, kiedy identyfikacji brak, nie ma nic nagannego i byłoby tylko, gdybym z tego nie zdawał sobie sprawy jasno, gdybym udawał identyfikację, sympatyzując zaledwie.
Całość w Dzienniku. Warto przeczytać.